Stefan Czerenda – amator lekkiego życia i jego marzenie o komunizmie.
Konstanty Butruk był moim ojczymem. Niestety, zmarł w 2007 roku.
Konstanty Butruk
Baciki Dalsze, styczeń 2004 r.
Czerenda
Babcia ze strony ojca, Anastazja, miała brata Jana Matosiuka, który mieszkał na końcu wsi od strony Klekotowa. Nikt w tej chwili nie wie, jak właściwie miała na imię jego żona. Wszyscy nazywali ją „Husaczanka”. Była to bardzo ruchliwa kobieta i wszędzie było jej pełno. Utkwiło mi w pamięci to, że zawsze była głodna i do kogo by nie wstąpiła, mówiła, że dzisiaj jeszcze nic nie jadła. Poczęstowana czymkolwiek, zwykle mówiła: „это моя любимая еда” (to jest moje ulubione jedzenie).
Mieli syna Michała i córkę Eugenię, która wyszła za mąż za Stefana Czerendę z Ogrodnik. Pochodził on z biednej rodziny, co zmusiło go – jak się wówczas mówiło – do pójścia w przystępy, to znaczy do zamieszkania u żony. Tutaj również się nie przelewało – stała tam malutka chatka i niewielki chlewik. Mieli dwóch synów: Włodzimierza i Eugeniusza.
Nie mając ziemi, musieli zarabiać na życie u ludzi, toteż często przychodzili do nas. Jeżeli chodzi o pracę, przychodziła przeważnie ciotka z synami. Trochę pomogła w gospodarstwie, ale za to zjedli we troje. Stefan Czerenda nie lubił specjalnie pracować, natomiast bardzo pasjonował się komunizmem. Pamiętam, jak przychodził do nas wieczorami i przesiadywał przy radiu kryształkowym ze słuchawkami, ciągle manipulując przy krysztale i wyszukując Moskwy. Jego fascynacja komunizmem była tak wielka, że postanowił nielegalnie przekroczyć granicę i dostać się do wymarzonego dobrobytu, jaki miał panować w ZSRR.
Przedzierając się przez granicę, bez trudu ominął polskie straże, natomiast od razu wpadł w ręce sowieckich strażników. Został zatrzymany i odprowadzony na strażnicę. Po wstępnym przesłuchaniu nie uwierzono mu, że nie jest szpiegiem, a chce tylko żyć w dobrobycie, więc odwieziono go do wyższego dowództwa. Tam, po kilkudniowych przesłuchaniach, doszli do wniosku, że rzeczywiście nie jest szpiegiem, tylko amatorem lekkiego życia. Poradzono mu, że jeżeli tak bardzo podoba mu się komunizm, to niech wraca do Polski i tam go sobie zbuduje. Postąpili z nim uprzejmie – odprowadzili do granicy i wywołując zamieszanie, odwrócili uwagę polskich strażników, czym pomogli mu bezpiecznie wrócić.
Stefan Czerenda wrócił do domu i nadal robił to samo, to znaczy marzył o komunizmie. Naszemu ojcu, który działał w Ochotniczej Straży Pożarnej i miał w miarę duży dom, przydzielono na użytek wsi lampowy odbiornik radiowy zasilany z suchych baterii. Sytuacja Czerendy poprawiła się znacznie, bo po wyjściu sąsiadów, którzy prawie codziennie słuchali radia, siadał przy odbiorniku i bez dłubania w krysztale szukał Moskwy.
Ponieważ sytuacja ta powtarzała się często, najprawdopodobniej sąsiedzi podsłuchali, czego słucha Czerenda, i donieśli właścicielowi majątku w Krupicach, majorowi Zaleskiemu. Major lubił jednak mojego ojca, więc postanowił nie wyciągać z tego konsekwencji. Wezwał go tylko do siebie i poradził, żeby ojciec zaprzestał tej działalności radiowej, bo jeśli zainteresują się tym inni, może to się źle skończyć, a do Berezy Kartuskiej jest niedaleko (w czasach II Rzeczypospolitej znajdowało się tam ciężkie więzienie, w którym osadzano komunistów).
Czerenda doczekał się swojego dobrobytu w 1939 roku, gdy po wkroczeniu Armii Czerwonej rozpoczął aktywną działalność, w rezultacie czego został mianowany „Председателем сельсовета” (wójtem). Chodził w odświętnym ubraniu, dumny i niekłaniający się nikomu, do swojego urzędu. Mieścił się on w domu Józefa Charytona „Bujmaca”, który jako pierwszy został wywieziony na Syberię za to, że chodził w mundurze gajowego i pilnował dworskiego lasu. Czerenda od razu zapomniał języka polskiego i kazał mówić do siebie po rosyjsku. Nie przypominam sobie, żeby był wyjątkowo podły, ale nie był też lubiany.
Losy jego odmieniły się całkowicie w 1941 roku po wkroczeniu Niemców. Widziałem to na własne oczy: Janek Wałkowców i Heronek Skowronek, którzy zostali niemieckimi policjantami, spotkali Czerendę koło naszego domu i zaczęli go tłuc. On początkowo prosił: „товарищи простите”, a później opamiętał się i zaczął błagać: „panowie, wybaczcie”. Nic to jednak nie pomogło. Bili go najpierw rękami i kolbami karabinu, a później, do utraty przytomności, sporymi kamieniami, po czym tak go zostawili.
Leżał tak do nocy i nikt nie odważył się do niego podejść. Nocą, przy pomocy rodziny, przedostał się do domu, gdzie w ukryciu leżał parę dni, nabierając sił. Po dojściu do siebie postanowił powtórnie – tym razem z konieczności – emigrować do ZSRR.
Teraz sytuacja była trudniejsza, trzeba było bowiem przejść przez front. Udało mu się jednak i tym razem. Został odnaleziony przez swoich synów po 1945 roku, kiedy to oni wraz z matką i babką znaleźli się na terenie Białorusi. Obaj synowie posiadali zdolności manualne. Sami wykonali gwiazdę, z którą chodzili po kolędzie, wzbudzając ogólną zazdrość rówieśników. Zimą zajmowali się wyrzynaniem na sprzedaż drewnianych ptaków i grą w karty, w „Króla”.
Karty były prześliczne, zrobione własnoręcznie przez Czerendziaków. Nie pamiętam, na czym polegała ta gra. Pamiętam tylko, że ten, kto wygrał, był „królem”, następny „panem”, jeszcze następny „chłopem”, a ostatni „pochlobką”.
Czerendowie i Matosiukowie zostali zmuszeni przez tak zwanych partyzantów w 1945 roku do wyjazdu do ZSRR w ramach działalności PUR-u (Polski Urząd Repatriacyjny). Opowiadał mi Janek Bałtaziuk, że tak bardzo zazdrościł im tej gwiazdy, iż natychmiast po ich wyjeździe poszedł do opuszczonego domu w jej poszukiwaniu. Był bardzo szczęśliwy, gdy ją znalazł.
Starszy brat, Włodzimierz, po ukończeniu szkoły średniej zaczął pracować w jakimś supertajnym przedsiębiorstwie, w związku z czym nie było z nim żadnego bezpośredniego kontaktu. Pracował tam aż do emerytury.
Młodszy, Eugeniusz, ukończył uniwersytet w Mińsku i dostał pracę jako nauczyciel w miasteczku Uzda (około 70 km od Mińska). Ożenił się tam i miał dwóch synów. Był słabego zdrowia – miał chore serce i bardzo rozdętą klatkę piersiową. Powszechnie uważano go za romantyka, marzyciela i człowieka dociekliwego, z rogatą duszą.
Jego marzeniem było odwiedzenie swoich rodzinnych stron. Postanowił więc napisać podanie do władz z prośbą o wydanie paszportu na wyjazd do Polski. Pisał wielokrotnie, a odpowiedź zawsze była taka sama – to znaczy nie było jej w ogóle. Wówczas, po przestudiowaniu Konstytucji ZSRR, znalazł paragraf, który gwarantował każdemu obywatelowi radzieckiemu możliwość odwiedzenia stron rodzinnych.
Pouczony paragrafem z konstytucji, napisał obszerne pismo do Nikity Siergiejewicza Chruszczowa, ówczesnego Sekretarza Generalnego KPZR, z prośbą o interwencję w sprawie wydania mu paszportu. Zdziwienie – zarówno jego, jak i jego otoczenia – było ogromne, kiedy otrzymał z Mińska wiadomość, żeby zgłosić się po odbiór dokumentu.
W rezultacie tego manewru był z rodziną w Polsce dwukrotnie. W czasie mojego służbowego pobytu w Mińsku miałem możliwość spotkania się z nim. Wówczas, po załatwieniu przez niego jakichś formalności, pojawiła się okazja, by odwiedzić go w jego domu w Uździe.
Eugeniusz Czerenda zmarł nagle w szkole podczas lekcji. Jego starszy brat żyje do dzisiaj.

Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz.