Wspomnienia o rodzinie Butruków, część 1
Autorem tych zapisków jest Konstanty Butruk – najstarszy syn Józefa i Wiery, urodzony 20 lipca 1933 roku w Krupicach (gmina Siemiatycze).
Pisanie rozpocząłem 5 września 1999 roku we wsi Baciki Dalsze (gmina Siemiatycze), dokąd w 1995 roku przeprowadziłem się z Warszawy wraz z moją żoną, Donatą Sawicką-Butruk.
Moim celem było kontynuowanie wspomnień mego ojca oraz — w miarę możliwości — uzupełnienie ich o to, czego On nie napisał o sobie, swoim rodzeństwie, rodzicach oraz bliższej i dalszej rodzinie.
Pragnę zapewnić, że nie mam zamiaru naśladować żadnych form literackich; chcę pisać prostym językiem, jakim posługuję się na co dzień.
Dla porządku przypomnę, że ojciec urodził się 7 czerwca 1908 roku. Jego rodzicami byli: Józef (urodzony w 1877 r., zmarł w wieku 35 lat w 1912 r.) oraz Anastazja z domu Matosiuk (urodzona w 1884 r., zmarła w wieku 72 lat w 1956 r.). Ojciec miał siostrę Zofię (ur. 1910 r., zm. 1985 r.). Ciocia Zosia wyszła za mąż za Włodzimierza Ekonomiuka pochodzącego z Rogawki, gdzie nazywano go „Mośkotalką”. Mieli oni dwoje dzieci: Eugenię (ur. 26.12.1928 r.) i Jana (ur. 01.02.1933 r.).
Eugenia wyszła za mąż za Henryka Sawickiego; mają dwoje dzieci — Jolantę i Wiesława.
Jan ożenił się z Wierą pochodzącą z Rogawki; mają troje dzieci: Janinę, Eugeniusza i Piotra.
Mama (z domu Sidorczuk) urodziła się w 1910 roku. Jej rodzicami byli Włodzimierz (ur. 1878 r., zmarł w wieku 52 lat w 1930 r. w Warszawie) oraz Julia z domu Śnieżko (pochodząca z Żurobic; ur. 1876 r., zmarła w wieku 63 lat w 1939 r.). Mama miała siostrę Lubę (ur. 1901 r., zmarła w wieku 76 lat w 1977 r.) i brata Józefa (ur. 1904 r., zmarł w wieku 35 lat w 1939 r.).
Ciocia Luba wyszła za mąż za Jana Butruka („Markowego Jaśka”); mieli czworo dzieci:
Annę (Niutkę) (ur. 1922 r., zm. w USA w 2003 r.) — wyszła za mąż za Antoniego Kowalczuka (ur. 1912 r.) z Bacik Bliższych. Mieli dwoje dzieci: Walentego (ur. 1940 r.) i Eugenię (ur. 1952 r.).
Włodzimierza (ur. 1925 r., zm. w USA na początku stycznia 2000 r.) — ożenił się z Janiną Tatarczuk; mieli troje dzieci: Ryszarda, Leszka i Lilę.
Eugenię (ur. 1927 r.) — wyszła za mąż za Stanisława Pietrzykowskiego z Bielska Podlaskiego. Mieli dwie córki: Barbarę i Lilę. Mieszka w Stanach Zjednoczonych.
Konstantego (ur. 1929 r.) — ożenił się z Zenobią Siemieniuk. Wychowali pięcioro dzieci: Jana, Irenę, Eugeniusza, Bogdana i Antoniego. Mieszka w Stanach Zjednoczonych.
Stryj ojca, Antoni (ur. 1890 r., zmarł w wieku 81 lat – 27.08.1971 r.), był żonaty z Eugenią Chlebińską z Zajęcznik. Mieli troje dzieci: Antoniego, Włodzimierza i Helenę.
Krupice
Dzisiejsza wieś Krupice położona jest około 6 km na zachód od Siemiatycz, wzdłuż drogi Wieromiejki – Czartajew – Rogawka – Klekotowo. Jest to wieś średniej wielkości, licząca około 60 zabudowań (nie licząc majątku), zamieszkana — poza nielicznymi wyjątkami — przez niezbyt bogatych ludzi. Połowa wsi od strony Rogawki nazywała się „Jurdyka”. Pod względem wyznaniowym ludność dzieliła się po połowie na katolików i prawosławnych.
Siedziba majątku, również niezbyt bogatego (w 1939 r. posiadał około 50 hektarów), znajdowała się za rzeczką Szysią. Właścicielami majątku była rodzina Zaleskich. Za czasów pańszczyzny władał nim najstarszy z rodu, Wiktor, natomiast do 1939 roku – Sobiesław Zaleski, major dyplomowany oraz inżynier specjalista budowy dróg i mostów (ukończył Politechnikę w Petersburgu jeszcze za czasów carskich). Jego żoną była Olga (z wykształcenia dentystka, rzadko kto znał jej imię, bo wszyscy nazywali ją „majorową”). Sobiesław miał dwie siostry: Jadwigę (po mężu Malinowską, nauczycielkę) oraz Eugenię (żonę senatora Erdmana, z pochodzenia Niemca).
Za władzy sowieckiej Zaleski został aresztowany i więziony w Brześciu nad Bugiem. Był bardzo dobrym człowiekiem – podczas okupacji pomagał ludziom, między innymi przydzielając rolnikom konie. Za odmowę współpracy z Niemcami został rozstrzelany pod Bielskiem Podlaskim. Do Erdmanów należał najbardziej okazały i jedyny murowany budynek w okolicy, zwany „pałacem”, który został przypadkowo spalony w 1941 roku przez mieszkańca wsi, Stolarczuka — byłego parobka.
Zbierając informacje do tego opracowania, dowiedziałem się od Mariana Zaborowskiego, że widział on na starej mapie u mieszkających u niego archeologów wieś o nazwie Krupie. Ciągnęła się ona wzdłuż rzeczki od Wasilka na Podbujaczu do miejsca, gdzie mieszkali Romaniukowie (na załączonej mapce zaznaczyłem prawdopodobne położenie dawnej wsi). Z mapy wynikało, że znajdował się tam młyn (w miejscu dzisiejszych Stawisk), karczma oraz kuźnia. Jan Baltaziuk i Kostek Sadowski opowiadali mi, że pierwszymi rodami, które najwcześniej osiedliły się w obecnych Krupicach, byli Sadowscy, Baltaziukowie i Zubczyńscy. Pozostałe rodziny przybywały z różnych stron w późniejszym okresie.
Ze słów Baltaziuka wynika, że jego pradziadek ze strony matki, Franko, chodził z naszym pradziadkiem Marcinem na gorzałkę do karczmy stojącej przy gościńcu, naprzeciwko młyna Stelęgowskiego. Tam też Franko dowiedział się, że rodzina Butruków pochodzi z Nieświeża. Trudno stwierdzić, ile w tym prawdy, choć końcówka nazwiska „-uk” sugeruje wschodnie pochodzenie. Chcąc to zweryfikować, w 1999 roku poprosiłem Aloszę Dmitruka z Mińska na Białorusi o próbę dotarcia do archiwum w Nieświeżu. Niestety nie został tam wpuszczony. Poinformowano go, że kwerendę mogą przeprowadzić sami pracownicy, o ile poda im się imię, nazwisko, rok urodzenia, miejsce zamieszkania i wyznanie poszukiwanej osoby — czyli dokładnie to, co my sami mieliśmy nadzieję tam znaleźć. Sprawa naszego pochodzenia nie została więc wyjaśniona i pozostaje w sferze domysłów.
Okres międzywojenny
Wspomnienia swoje ojciec zakończył na zamiarze ożenku. Nie napisał jednak, co skłoniło naszego dziadka Włodzimierza (ojca mamy) do wyrażenia zgody na ten ślub. Z informacji uzyskanych od dalszej rodziny wynika, że powodem była ciąża mamy, która niestety zakończyła się poronieniem.
Rodzice pobrali się w niedzielę 11 listopada 1928 roku. Z ich relacji wiem, że uroczystość była do tego stopnia skromna, iż wraz ze świadkami szli do Siemiatycz pieszo, buty niosąc w rękach, by założyć je dopiero przed samym miastem. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem każde z młodych miało po dwóch świadków: ze strony mamy byli to Antoni Pietruczuk i Jan Pietruczuk, a ze strony taty — Antoni Sadowski i Michał Matosiuk. Przed wyjściem z domu słychać było bicie wszystkich dzwonów w Siemiatyczach. Byli zaskoczeni tą oprawą, a dopiero po przyjściu na miejsce okazało się, że dzwoniono z okazji Święta Niepodległości.
Rodzice niewiele opowiadali o pierwszych latach małżeństwa. Można jednak wywnioskować, że był to trudny okres, związany ze spłatą wcześniejszych długów oraz rozbudową gospodarstwa. Po ślubie i połączeniu ziemi ojca z posagiem mamy łączny areał wynosił 26 hektarów (było to największe gospodarstwo we wsi). Nie pamiętam dokładnie, ile stanowiła ziemia orna, a ile łąki i las. Ziemia była rozrzucona w kilku miejscach:
Ziemia orna: na zagumieniu, paśni, Sosnowcu i na ogrodach.
Łąki: na ogrodach (w dwóch miejscach) oraz na Stawiskach.
Pastwisko: na kupach.
Las: w końcach i w Sosnowcu.
Zabudowania mieściły się po zachodniej stronie wsi, od strony rzeczki Szysi — mniej więcej w środku osady, pod obecnym numerem 40 (gdzie dziś mieszkają państwo Jaszczołtowie). W skład obejścia wchodziły: dom, stodoła, obora, chlew z dobudowanym kurnikiem oraz spichlerz. Z niewiadomych przyczyn chlew nazywano „wozownią”. Piwnica, na którą mówiono „sklep”, znajdowała się po drugiej stronie drogi od strony zagumienia. Jak widać na dołączonych zdjęciach, poza stodołą krytą dachówką cementową, pozostałe budynki miały strzechę. Dom mieścił się na powierzchni około 70 m² i składał się z sieni, komórki po lewej stronie oraz dużej kuchni na wprost wejścia, z której przechodziło się do małego pokoju zwanego „komorą”. Do największej izby — „dużej chaty” — można było wejść zarówno z sieni po prawej stronie, jak i z komory.
Sąsiadem od strony północnej był Zygmunt Sugiero (nazywany „Polkowym Zygmuntem”), a po drugiej stronie mieszkały same kobiety. Najstarszej z nich nazwiska nie pamiętam — nazywano ją Litewką, a jej córka nosiła nazwisko Romaniuk („Michałowa”).
Pod koniec 1928 roku rodzice przyjęli do siebie ciężarną siostrę ojca, Zofię. 26 grudnia urodziła ona córkę Eugenię i mieszkała u nas do momentu powrotu z wojska jej męża, Włodzimierza Ekonomiuka („Mośkotalki”). Wujek nie okazał się jednak ani dobrym mężem, ani ojcem, dlatego ojciec często zabierał ciotkę z powrotem do naszego domu. To właśnie u nas 1 lutego 1933 roku urodził się ich syn Jan.
Mimo że nasze gospodarstwo było największe we wsi, dochody z niego nie wystarczały na utrzymanie rodziny. W wolnym czasie od prac polowych ojciec szukał dodatkowych zajęć. Jednym z nich był skup drewna lipowego na surowiec do wyrobu pędzli i kopańiek. Ściętą lipę obdzierało się z kory, pocięte klocie rozłupywało na pół i układało do suszenia. Korę moczono, aby łatwiej pozyskać łyko. Po wysuszeniu czesano je na specjalnej szczotce na wąskie pasemka. Po przymocowaniu drewnianego trzonka powstawały pędzle służące do bielenia chat i budynków gospodarczych. Zbyt na nie ojciec znalazł aż w Żyrardowie. Zważywszy na to, że pokonywał blisko 200 km furmanką zaprzężoną w jedną klacz, wyprawy te były długie i wycieńczające, ale widocznie opłacalne.
Zarobku pozazdrościł mu sąsiad Romaniuk („Plennik”), który również wyprodukował pędzle, załadował na wóz i ruszył w drogę. Do Żyrardowa jednak nie dotarł — kupców znalazł już w Sokołowie Podlaskim i tam dokonał transakcji. Oszczędziwszy sporo czasu, postanowił odpocząć. Świętował tak długo, dopóki nie wydał wszystkich zarobionych pieniędzy, po czym wrócił do domu i więcej pędzli już nie woził.
Z wysuszonych kawałków lipiny dłubano także jednolite, podłużne naczynia drewniane — tzw. „kopańki”. Były one powszechnie używane w gospodarstwach, m.in. do zagniatania ciasta czy przechowywania żywności.
Niedługo po ślubie, 15 marca 1930 roku, ojciec został powołany do wojska. Okres rekrucki odbył w Warszawie na Cytadeli, w 30 Pułku Piechoty. Został skierowany do Szkoły Podoficerskiej w Osowcu, a po jej ukończeniu trafił do Korpusu Ochrony Pogranicza (27 Batalion KOP) na granicę wschodnią. Jego brygada stacjonowała w Baranowiczach, a dowództwo strażnicy mieściło się w Stołpcach. Na kilka dni przed zwolnieniem do cywila został awansowany do stopnia plutonowego i otrzymał propozycję służby nadterminowej. Nie skorzystał z niej i 15 marca 1932 roku powrócił do życia cywilnego. Awans na plutonowego w trakcie służby zasadniczej był rzadkością — świadczyło to o tym, że mimo wiejskiego pochodzenia i zaledwie 4 klas szkoły powszechnej, uznano go za osobę o wyprzedzającej inteligencji i dużych zdolnościach.
Po powrocie musiał ciężko pracować, aby odrobić zaległości powstałe podczas jego nieobecności. W trzy osoby (rodzice i babcia) trudno było obrobić 26 hektarów, dlatego zmuszeni byli do korzystania z płatnej pomocy: niemal na stałe zatrudniano pastucha do bydła oraz parobka do cięższych prac.
Życie w okresie międzywojennym biegło spokojnie. Ważniejsze wydarzenia wiązały się z narodzinami dzieci:
Najstarszy syn (ja, Konstanty) — urodziłem się 20 lipca 1933 roku. Chrzest odbył się 27 sierpnia; moimi chrzestnymi byli Jan Butruk (mąż cioci Luby) oraz Maria Matosiuk („Marusieńka”).
Średni syn (Bogdan) — urodził się 21 kwietnia 1935 roku. Chrzest odbył się 12 lipca; chrzestnymi zostali Eugeniusz Krasowski („Gieńko Mirunciów”) i Zinaida Pawlik („Zina Mirunianki”).
Najmłodszy syn (Eugeniusz) — urodził się 19 stycznia 1937 roku. Ochrzczony 20 czerwca; chrzestnymi byli Józef Ławniczuk („Florków Józef”) i Leokadia Smoczyk („Gieńkowa”).
Pod koniec lat trzydziestych w okolicy pojawili się misjonarze namawiający do wstąpienia do Kościoła Baptystów. W wyniku ich działalności niewielka grupa mieszkańców postanowiła zmienić wyznanie. Przełożonym tej wspólnoty został Mikołaj (nazwiska nie pomnę) z Klukowa, który prowadził dalszą agitację. Do grupy tej dołączyła moja babka Julia, która zaczęła wywierać nacisk na swoje córki — moją matkę i ciocię Lubę. Ciocia Luba uległa łatwo: szybko przyjęła chrzt i pozostała baptystką do śmierci. Moja mama również chciała pójść w jej ślady, spotkała się jednak z kategorycznym sprzeciwem ojca, dzięki czemu pozostała przykładną prawosłewną.
Wraz ze wzrostem liczby baptystów pojawił się problem pochówków, ponieważ zarówno proboszcz katolicki, jak i prawosławny nie wyrażali zgody na pogrzeby na cmentarzach parafialnych. Władze lokalne zostały zmuszone do wyznaczenia osobnego terenu. Cmentarz zlokalizowano w szczerym polu, przy drodze z Rogawki do Bujak, i ogrodzono prostymi żerdziami. Pech chciał, że pierwszą zmarłą baptystką jeszcze za czasów II Rzeczypospolitej była moja babka Julia i to ona została tam pochowana jako pierwsza. Niedługo potem wybuchła wojna, przepisy przestały obowiązywać, ogrodzenie zgniło, a po grobie wkrótce nie zostało już śladu. Sytuacja taka trwała aż do 1960 roku, kiedy rodzice postanowili rozpocząć starania o ekshumację zwłok i przeniesienie ich na cmentarz prawosławny – do grobu, w którym był pochowany jej syn, a mój wujek Józef, zmarły w 1939 roku. Z władzami świeckimi, takimi jak SANEPID, prokuratura czy milicja, nie było żadnych problemów. Zaporą nie do pokonania okazał się jednak siemiatycki proboszcz. Do niego nie było żadnego przystępu. Ciągle powtarzał, że zgody nie wyrazi, bo to „sektantka”. W tej sytuacji, wykorzystując moje stosunkowo bliskie kontakty z prawosławnym duchowieństwem w Warszawie, udało się uzyskać zgodę Prawosławnego Metropolity Warszawskiego i Całej Polski, abpa Tymoteusza, i proboszcz niestety musiał ulec.
Opowiadał mi Walek Kowalczuk, który wydobywał trumnę z ziemi, że kiedy została ona otwarta, leżała tam prawie niezmieniona postać babki. Dopiero po identyfikacji zwłok i przed zamknięciem trumny, gdy pracownik SANEPID-u posypał je wapnem, wszystko, co się w niej znajdowało, rozsypało się.
Lata 1939-1948
Wrzesień 1939 roku to koniec II Rzeczypospolitej – ludność zamieszkującą nasze strony czekały zmiany przynależności państwowej.
W poniedziałek, 11 września 1939 roku, przed nocą pierwsze oddziały sił niemieckich weszły do Siemiatycz. Była to XX Dywizja Zmotoryzowana XIX Korpusu Pancernego gen. Heinza Guderiana, która od strony Prus przekroczyła granicę Polski. Trzeba przyznać, że Niemcy zachowywali się poprawnie w stosunku do ludności cywilnej. Nie tworzyli też żadnej swojej administracji.
Widać było, że długo tu nie pobędą i mniej więcej po dwóch tygodniach, zgodnie z traktatem niemiecko-sowieckim, zaczęli wycofywać się za linię Bugu. Na ich miejsce, pomiędzy 27 a 29 września, do Siemiatycz weszły pierwsze oddziały sowieckie, które granicę polską przekroczyły 17 września w ramach wyzwalania Zachodniej Białorusi.
Kiedy do Krupic dotarła ta wiadomość, rodzice akurat zgrabiali siano. Ojciec natychmiast rzucił grabie, przebrał się w odświętne ubranie, wsiadł na rower i pojechał do Siemiatycz witać tych, co nas wyzwolili z pańskiej niewoli. Powitanie trwało niedługo – ojciec wrócił ponury i niechętny do rozmowy. Dopiero następnego dnia zaczął po cichu opowiadać, jak żołnierze noszą karabiny na sznurkach, a obręcze kół rowerowych bez ogumienia mają powijane szmatami.
W przeciwieństwie do Niemców, Sowieci sprawiali wrażenie, że przyszli tu na stałe i zaczęli zaprowadzać swoje porządki. W pierwszej kolejności w byłym majątku Zaleskich została ulokowana jednostka wojskowa – „wojen gorodok”. W jedynym budynku murowanym, tak zwanym pałacu, znajdował się sztab. W budynkach gospodarczych były magazyny, a niektóre z nich były przystosowane na koszary.
Przed wejściem do majątku stała ozdobna brama, u góry zakończona łukiem, na którym zawieszone były portrety Lenina i Stalina. Na rzeczce, która przepływała obok, powstała niewielka tama, w rezultacie czego powstał zalew umożliwiający żołnierzom kąpiel. W okresie letnim przed wejściem do dworu było urządzone kino na powietrzu, gdzie w sobotnie wieczory wyświetlane były filmy – również dla ludności cywilnej.
Pozostałe wojsko rozlokowane było w namiotach, po stodołach, gdzie się dało. Spore pole namiotowe było w ogrodzie naszej sąsiadki „Litewki”. Jedzenie oni sami przygotowywali z produktów, jakie od czasu do czasu przywoził samochód ciężarowy. Samochody te były napędzane gazem drzewnym. Po obu stronach samochodu, w przedniej jego części, ulokowane były dwa okrągłe zbiorniki, które przetwarzały drewno na gaz. Tak więc, wobec całkowitego braku stacji benzynowych, samochód mógł się swobodnie poruszać, mając na skrzyni piłę do rżnięcia drzewa i siekierę.
Żołnierze, ścinając drzewa, nie schylali się zbyt nisko, a powstałe pieńki były około 80-centymetrowej wysokości. W ten sposób były wycięte wszystkie drzewa w jaźwinach. Pożytek tego był taki, że po niedługim czasie na tych pieńkach masowo rosły grzyby opieńki. Żeby nazbierać grzybów, wystarczyło podstawić nieco niżej koszyk i nożem ścinając grzyby, one same wpadały do koszyka. Bardzo często przywozili suszoną rybę „wobłę”. Nikt tego nie ważył ani nie liczył. Stawało przed ciężarówką dwóch żołnierzy z rozpostartą plandeką, a żołnierz znajdujący się na samochodzie gablami wsypywał rybę. Było tego tyle, że żołnierze częstowali ludność cywilną.
Ważniejsi oficerowie jednostki ulokowani byli na kwaterach we wsi. Dowódca ulokowany został w największym domu w Krupicach u Ciotki Luby, a do nas trafił młody oficer o nazwisku Bieleńkij, który w rzeczywistości był czarnym jak smoła brunetem. Całymi dniami nie było go w domu, do nas przychodził tylko na noc.
Pewnego razu wrócił nieco wcześniej i poprosił do siebie ojca, oświadczając, że on wyjeżdża do pracy w innej miejscowości. Powiedział przy tym, że w czasie mieszkania u nas poznał ojca jako dobrego i uczciwego człowieka i nie chciałby, żeby ktoś mu wyrządził krzywdę. Wyjął papierową teczkę z aktami, podał ją ojcu, mówiąc: „Masz i czytaj, zobacz, jakich masz przyjaciół”. W teczce znajdowały się same donosy pisane przez sąsiadów. Kiedy ojciec przeczytał te paszkwile, kazał spalić całą tę teczkę i nikomu nie mówić o tej rozmowie. Można przypuszczać, że dzięki temu nie byliśmy wywiezieni na Syberię.
W czasie likwidacji „szkodników Związku Radzieckiego” aresztowany był były wójt Jan Tatarczuk, nasz sąsiad Zygmunt Sugiero, Sawicki Józef, Józef Sugiero (Adamów) i Wacek Charyton. Wszyscy oni byli osadzeni w więzieniu w Twierdzy Brzeskiej. Wszyscy po za Tatarczukiem wrócili do domu tuż po 22 czerwca 41 roku, a Tatarczuk dostał się do armii Andersa, brał udział w walkach o Bredę w Holandii i tam pozostał. Do Polski wrócił przed samą śmiercią i jest pochowany na cmentarzu w Wilanowie.
Po wywiezieniu Charytona (Bujmacza), w jego domu urządzony był „sielso-wiet” (rada gminna), a jej przewodniczącym mianowany został Stefan Czerynda. Razem z Bujmaczem wywieźli Olka i Wandę Tatarczuk (Wałkowcowe).
W domu Paciornika ulokowana została „kooperatywa”, gdzie towarów było jak na lekarstwo, ale kolejki ustawiały się jeszcze w nocy. Na księgowego do tego sklepu przysłany został człowiek z Narojk i został zakwaterowany u nas, a ojciec został jego zastępcą. Ojciec nie bardzo chciał się zgodzić na przyjęcie tej funkcji, tłumacząc, że on się na tym nie zna. Wówczas urzędnik, który proponował tę funkcję, zapytał, ile będzie dwa razy dwa. Po odpowiedzi ojca, że cztery, urzędnik powiedział, że prawidłowa odpowiedź to: ile pan sobie życzy. Jak zapamiętasz, to będziesz dobrym księgowym.
Długo to jednak nie trwało. Księgowego przenieśli gdzie indziej, a na jego miejsce zakwaterowany został „starszyj lejtienant” Nowik z żoną, synem i córką. Byli to przyzwoici ludzie i nigdy nie dochodziło do żadnych spięć. Szczególnie żona była tolerancyjna. Pewnego razu mama nałożyła na szyję kilka pęt kiełbasy i pokazała się tak porucznikowej, a ta spytała, co to takiego. Mama odpowiedziała, że to „panskij gniot”. Ona odpowiedziała, że do mnie możesz mówić różne rzeczy, ale do mego męża nie należy takich rzeczy opowiadać. Syn był moim rówieśnikiem i razem bawiliśmy się w tym również i na terenie jednostki wojskowej. Mieszkali oni u nas aż do 22 czerwca 1941 roku.
Na nauczycielkę do szkoły przysłano młodziutką dziewczynę o imieniu Gasza. Była bardzo sympatyczna, ciągle uśmiechnięta i lubiana przez mieszkańców wsi. Z czasów mojej edukacji w tej szkole zapamiętałem dwa wierszyki, które zamieszczę oddzielnie. Zapamiętałem też, że pierwszym słowem, jakie napisałem w moim życiu, było słowo „mysz”.
Wzdłuż Bugu Sowieci zaczęli budować betonowe bunkry – jak oni mówili: DOT-y (dlitielno oboronitielnyje toczki). W celu dowozu materiałów budowlanych wzdłuż gościńca wybudowano kolejkę wąskotorową, po której przy pomocy drezyny mógł przemieszczać się personel nadzorujący budowę. W dni świąteczne drezyna stała na torach bez żadnego dozoru, więc młodzież i dzieciarnia wykorzystywały ją do zabawy. Budowa ta nigdy nie została dokończona, a szkielety bunkrów stoją do dzisiaj.
Obiektywnie trzeba powiedzieć, że lata przeżyte za panowania ZSRR nie należały do najlepszych, ale nie zanotowano żadnych tragicznych wydarzeń w odniesieniu do mieszkańców naszej wsi. Nie licząc funkcjonariuszy bezpieczeństwa, stosunki wojska liniowego z polską ludnością były raczej dobre. Obu stronom wrogość była zbędna. Było wiele przypadków, że żołnierze starali się pomóc, w czym tylko mogli. Bardzo często, widząc, że mam do wykonania jakąś pracę, mówili: „Idź się bawić, a my to za ciebie zrobimy”. Jeżeli chodzi o naszą rodzinę, wszystko byłoby znośne, gdyby nie choroba i nieszczęśliwy wypadek z sieczkarnią mojego najmłodszego brata, Eugeniusza. Trudno w tej chwili ustalić, w jakiej kolejności te zdarzenia miały miejsce, ale to chyba nie ma wielkiego znaczenia. Nie pamiętam również, kto był sprawcą tego nieprzyjemnego zdarzenia z sieczkarnią. Efekt był taki, że palec środkowy prawej ręki Gienka znalazł się w kołach zębatych (w trybach) sieczkarni, które w dość znacznym stopniu go uszkodziły. Nieszczęście polegało na tym, że młodociani obecni w czasie tego zdarzenia stracili głowy, nie wiedząc, co robić. Sytuacja była o tyle tragiczna, że ojca nie było w domu. Zapadła więc decyzja, że trzeba zawołać ojca na ratunek – przebywał on w polu dość odległym od domu. Jeden z uczestników zajścia pobiegł ile sił w nogach, a nieszczęsny Gienek, cierpiąc mocno, stał z palcem w trybach, czekając na przybycie ojca.
Tata wydobył palec, kręcąc sieczkarnią w odwrotnym kierunku, i natychmiast pojechali do lekarza, który – jak potrafił – poskładał nieszczęsny palec. Po powrocie do domu ojciec doszedł jednak do wniosku, że palec jest źle złożony, i poskładał go po swojemu, przysparzając Gienkowi dodatkowych cierpień. Jednak i teraz palec jest mocno zdeformowany.
Brat mój w tym okresie życia był pechowcem i ciągle coś się do niego czepiało. W pewnym momencie rodzice zauważyli, że Gienek nie ma apetytu i chudnie. Po wizycie u lekarza okazało się, że to skrofuły (jak się kiedyś mówiło na gruźlicę) i że powiększone są węzły chłonne. W tej sytuacji lekarz zalecił wykonanie prześwietlenia płuc, na które trzeba było jechać do Bielska Podlaskiego. W czasie prześwietlenia wykryto zaciemnienie płuc i wykonano nakłucie w celu spuszczenia płynu. Nic tam jednak nie znaleziono. Brat jednak zaniepokoił się bardzo z powodu tego nakłucia, bo obawiał się, że przez tę dziurkę podczas jedzenia będzie mu wylatywać jedzenie. Miał też poważny niepokój z powodu zdeformowanego palca i mówił, że będzie wstyd podać komuś rękę z takim palcem. Po wizycie w Bielsku nie nastąpiła poprawa zdrowia i Gienka położyli do szpitala w Siemiatyczach, który znajdował się w budynku byłej gminy – teraz mieści się tam policja. I po tym pobycie nic się nie polepszyło. Gienek był do tego stopnia słaby, że w ogóle nie chodził. W pogodny dzień rodzice wystawiali łóżeczko z nim na powietrze pod kasztan, który rósł tuż przy naszym domu. Widząc to, żołnierze starali się jakoś go zabawić: grali na harmoszce i tańczyli kozaczka. Wyjmowali go z łóżka, pod pachami przekładali pas z płachty i pomagali mu w chodzeniu. Wobec takiego stanu zdrowia ojciec poprosił o poradę rosyjskiego lekarza wojskowego Czuryna, który mieszkał u Sitarskiego (Situnia). Ten po zbadaniu zalecił przyjmowanie jakichś kropli i powiedział: „nie żuryś, żyt’ buddiet i lotczykom staniet”. Po tych kroplach brat nabrał apetytu, poprawił się i zaczął wracać do zdrowia. Kiedy już był zdrowy, mama zaprowadziła go do Siemiatycz do cerkwi i kazała mu iść do spowiedzi. W drodze powrotnej wstąpili do kościoła katolickiego. Gienek, widząc tam wolną przestrzeń, zaczął tańczyć kozaczka, którego nauczyli go rosyjscy żołnierze pod lipą u Litewki. Po powrocie do domu przypomniało mu się, że świnia ma dwanaścioro prosiąt. Gienek wziął butelkę z mlekiem, łapał te prosięta, nadawał im imiona i, podając butelkę, mówił: „pryczaszczajetsia rab Bożyj...” – są to słowa wypowiadane przez duchownego w czasie udzielania komunii.
22 czerwca 1941 roku
Już od wczesnej wiosny tego roku gołym okiem widać było, że Niemcy dość intensywnie gromadzą swoje wojska wzdłuż Bugu, jednak wódz ZSRR Stalin nadal wierzył w pakt Ribbentrop-Mołotow i nadal budował umocnienia po swojej stronie granicy. W piątek 20 czerwca oficerowie ze wszystkich nadgranicznych jednostek zostali wezwani na szkolenie do Brześcia. Jednostki zostały bez dowództwa. W sobotę wieczorem 21 czerwca, jak zawsze w lecie, przed wejściem do jednostki wyświetlany był film dla wojska i dla ludności cywilnej. W trakcie tego seansu obok zgromadzonych widzów przemaszerował przez bramę jednostki oddział młodych oficerów ubranych w nowiutkie mundury. Po seansie ludzie poszli do domów, a wojsko do koszar spać.
Jedyni, którzy nie poszli spać, to nowo przybyli oficerowie. Dopiero rano okazało się, że ci oficerowie to niemieccy dywersanci, którzy w nocy zniszczyli łączność telefoniczną.
O godzinie czwartej rano ludność została zbudzona warkotem silników lotniczych i wystrzałami artyleryjskimi. Nikt z pośród mieszkańców nie miał wątpliwości, że rozpoczęła się wojna niemiecko-radziecka. Większość ludności przyjęła tę wiadomość z radością. Nasz ojciec wybiegł na podwórze ubrany tylko w kalesony i odtańczył taniec radości. Bardzo wcześnie przed dom zajechała ciężarówka z kilkoma żołnierzami, którzy nakazali rodzinie Nowika natychmiast przygotować się do wyjazdu. Zabrali oni właściwie tylko odzież i odjechali. Wtedy pojawili się inni żołnierze z poleceniem przygotowania podwody i wyjazdu do budowy bunkrów. Zaistniała obawa, że jeśli pojedzie ojciec, mogą go zabrać do jakichś niebezpiecznych celów, dlatego na podwodę wysłano mnie. Tych furmanek było sporo, a prowadził je jeden żołnierz. Nie pamiętam dokładnie, dokąd dojechaliśmy, ale nie było to daleko. Żołnierz zwiał, a my wróciliśmy do domu.
Zaczęliśmy przygotowywać się do opuszczenia domu. W pierwszej kolejności ojciec wyniósł przed dom Gienka, który znowu był chory – miał bardzo wysoką gorączkę i poważne kłopoty z kolanami, tak że w ogóle nie chodził. Zaczęliśmy wynosić niezbędne rzeczy, które mogłyby nam się przydać w tej wyprawie w nieznane, i ładować je na wóz, którym wróciłem z podwody. Wóz nie był jeszcze do końca załadowany, gdy bardzo blisko naszej stodoły uderzył pocisk artyleryjski, a jego odłamki z hukiem tłukły dachówki. Koń wystraszył się i po prostu odjechał. W tej sytuacji nie było już na co czekać – zaczęliśmy uciekać w kierunku rzeki.
Ojciec oczywiście niósł Gienka na rękach. Po przejściu przez olszyny i pastwisko na kupach skierowaliśmy się w prawo, w stronę drogi prowadzącej ze wsi na pastwisko. Wtedy zobaczyliśmy, jak w naszym kierunku pędzi nasz koń z wozem. Ojciec położył Gienka na trawie, pobiegł w stronę konia i zdołał go schwytać. Mając konia z dobytkiem i po ulokowaniu Gienka na wozie, zaczęliśmy kierować się w stronę lasu. Tam postanowiliśmy pozostać i czekać na rozwój wydarzeń.
Niedługo po naszym przyjeździe pojawiła się radziecka ciężarówka z kilkoma żołnierzami, którzy oświadczyli, że musimy się stąd wynosić, ponieważ będą się tu bronić. Ci przynajmniej mieli cekaem, a inni żołnierze, których spotykaliśmy po drodze, uciekali co sił tylko w bieliźnie. Nie mając innego wyjścia, wycofaliśmy się do niedaleko mieszkającego Matosiuka. Tu było o tyle dobrze, że w lesie była studnia i ewentualnie skromne jedzenie.
Kiedy siedzieliśmy u Matosiuka, artyleria niemiecka zaczęła ostrzeliwać Krupice. W rezultacie zginął młody człowiek Michał Ławniczuk, a połowa wsi od strony Rogawki została całkowicie spalona. Mniej więcej około południa ujrzeliśmy na polu tyralierę żołnierzy niemieckich. Żołnierze ci mieli zawinięte rękawy i śmiejąc się, przyszli na podwórze, zostali poczęstowani zimnym mlekiem z piwnicy i poszli dalej.
Pod wieczór, kiedy pożary zaczęły gasnąć, ojciec postanowił wracać do domu. To, co zobaczyliśmy, było przerażające: połowa wsi całkowicie spalona – zarówno domy mieszkalne, jak i budynki gospodarskie. W międzyczasie okazało się, że prawie wszyscy mieszkańcy, wykorzystując nieobecność Sowietów i Niemców, plądrują byłe magazyny radzieckie. Brali, co się dało. W naszym posiadaniu znalazła się sporych rozmiarów beczka ze smalcem, bielizna, płaszcz pałatki, koce, narty biegowe i inne rzeczy.
Kiedy na dobre wróciliśmy do domu, zauważyliśmy, że nasz dom jest poprzestrzelany, co w czasie wojny nie powinno dziwić. Późno wieczorem, gdy siedzieliśmy w kuchni, usłyszeliśmy w sieni dziwne kroki. Kiedy ojciec poszedł sprawdzić, co się dzieje, ku swemu zdziwieniu zobaczył radzieckiego żołnierza.

Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz.